LIS
05
Od kilku dni wiem, że Frotka nie lubi pana z wiertarką. Ja zresztą też nie lubię. Ale coz robić. Biedny kotek w ruinie swojego dzieciństwa pomiata ogonkiem. Kiedyś się domyje - mam taką nadzieję.
pannazkotem
LIS
05
Od kilku dni wiem, że Frotka nie lubi pana z wiertarką. Ja zresztą też nie lubię. Ale coz robić. Biedny kotek w ruinie swojego dzieciństwa pomiata ogonkiem. Kiedyś się domyje - mam taką nadzieję.
LIS
05
Frotka odkryła, że lubi dżem malinowy. Oblizywała się tak, że rózowym języczkiem siegała prawie za ucho. Miły widok. Po raz pierwszy polizała dżem, pewnie zawsze najbardziej będzie lubiała malinowy mimo, że dam jej pewnie wiele innych do spróbowania. Czy ludzie mają tak samo? Tajemnicą do zgłębienia jest poznanie sposobu, by kosztując "nowe" zapomnieć o "starym". Nowe niesie w sobie obietnicę a stare już tylko wspomnienia. Czasami warto pamietać, ale ile jest spraw i rzeczy o których chciałoby się zapomnieć... To takie ekscytujące być tym "nowym czymś" dla kogoś innego...
PzK
LIS
05
Za chwilę zacznie się szaleństwo Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zawsze widzimy ile i co zostało zakupione. Wiele dzieci nawet Waszych, zostało dzięki tej akcji zbadane zaraz po urodzeniu sprzetem zakupionym przez Jurka Owsiaka. Ale jak zauważyłam przy okazji pomocy, jakiej udzieliliście powodzianom z Bierunia łatwiej przychodzi nam wsparcie konkretnego człowieka, konkretnego poszkodowanego.
Chciałam Was namówić do wsparcia akcji, o której pisałam już wcześniej - Bieg dla Staszka.
Uważam, że można zrobic duzo dobrego wpłacając niewielka kwotę na tę akcję. Poprzyjmy razem tatę Staszka w jego dziele. Wiara w niego jest mu pewnie bardzo potrzebna. Wyslijmy takie małe światełko do nieba... dla Staszka.
Pozdrawiam Was świątecznie :)
Panna z kotem
P.s. link do akcji Bieg dla Staszka jest ⇒
LIS
05
Witam!
Po dłuższej przerwie witam czytelników. Ostatnio korzystam z Facebooka i aż przykro powiedzieć - podoba mi się to. Tam też staram się artykułować swoje myśli. Korzystając ze światecznego spokoju przeprowadziłam ciekawy czat ze swoim nowym znajomym. Wymienialiśmy spostrzeżenia co do uzupełniania a raczej poszukiwania danych o swoich baaardzo dalekich przodkach. Jak pomyslę o swojej prapraprababci i praprapradziadki, od razu sobie wyobrażam w jakich warunkach przyszło im żyć, czym się zajmowali, jak wyglądali, jak się do siebie odzywali. Zadaje sobie wiele pytań: czy im się powodziło, jak wychowywali swoje dzieci, jakie wtedy panowały zwyczaje, z kim się przyjaźnili i co zaprzątało im głowy? Tyle pytań, tyle różnych mozliwości, aż się chce samemu uzupełnić braki w danych. Czy byłoby to zgodne z rzeczywistymi faktami i wydarzeniami? Tego już nikt nie jest w stanie zweryfikować a mnie na chwile przenosi to w niesamowity świat.
Zastanawiam się czy inni też tak mają...?
Pozdrawiam
Panna z kotem
LIS
05
Witajcie kochani!
Niestety przestój w publikowaniu kolejnych rozdziałów losów Don Antonia i jego rodziny oraz dziwaczki Isabel spowodowany został chwilowym brakiem natchnienia (szumnie powiedziane) oraz po prostu brakiem czasu. Powrót do pracy po wypadku spowodował ograniczenie czasu jaki mogłam poświęcić temu zajęciu. Przepraszam tych wszystkich, którzy czekają na ciąg dalszy. Powtórzę moje ogłoszenie z Facebooka, że prosze o pomysły na dalszy ewentualny rozwój wypadków.
Oczywiście pozdrowienia od Froteczki, najpiękniejszego kota na świecie :)
Panna z kotem
LIS
05
Kochani!
Gdybyście mieli ochotę i możliwości zapraszam do odwiedzenia strony podanej w linku. Uważam, że wsparcie tej akcji jest fantastycznym hołdem dla rodzicielskiej miłości. Staszkowi już nie można pomóc ale można pomóc wielu innym chorym dzieciom. Zawsze znajdzie się coś, czym można się podzielić z drugim człowiekiem.
Pozdrawiam Rodziców Staszka i wierzę, że wytrwałość jego taty pozwoli by inni rodzice zobaczyli uśmiech na twarzach swoich dzieci.
Pozdrawiam
Panna z kotem
LIS
05
Bardzo serdecznie dziękuję za pozytywny odbiór mojej pisaniny. Popędzana, postaram się częściej zamieszczać kolejne rozdziały. Jednak musze dodać, że wzmożony wysiłek umysłowy związany z powrotem do pracy nie wpływa dobrze, na bujanie mojej wyobraźni. Liczę na wyrozumiałość czytelników w tym zakresie. Jakby nie było bawcie się dobrze, a na nowy tydzień pracy życzę spokoju ducha.
Panna z kotem
LIS
05
Rozdział 13
Isabel z sapaniem wyciągnęła podróżny kufer, który był prezentem od ojca z okazji jej zamążpójścia. Chwilę pogładziła jego skórzaną powierzchnię a następnie jęła zapełniać niezbędnymi na czas podróży i pobytu w Szwajcarii rzeczami. Spakowała dwie sukienki, takie bardziej eleganckie, na szczególne okazje, bieliznę, halki, płaszczyk na chłodniejsze dni oraz wiele innych rzeczy, bez których wydawało się jej nie przeżyje. Ostatecznie kufer miał ciężar dobrze wypasionego warchlaka a do spakowania pozostały jeszcze buty: dwie pary wizytowe i jedne takie bardziej do pracy w polu. Głośno wypuszczając powietrze z bolejącej piersi usiadła z impetem w pościel, która od rana nie została zasłana i zaczęła płakać z bezsilności. Jakim prawem ci ludzie decydują o moim życiu?! – zadawała sobie to pytanie wiele razy od rana a za każdym razem coraz bardziej w ramach odpowiedzi budziła się w niej irytacja. Och, jakby mogła im pokazać, to poszłoby im w pięty! Jednak dzisiaj nie miała wyboru, na zemstę jeszcze przyjdzie czas. Zresztą sami jeszcze będą za mną tęsknili! Będą jeszcze mnie prosili bym wróciła, a ja wtedy z łaską pozwolę się przywieźć z powrotem do domu. Stęknęła kilka razy kiedy przesuwała kufer z przejścia, zastanawiając się co w nim może być takie ciężkie.
Tymczasem domownicy dali spokój wyraźnie wzburzonej Isabel i zajęli się swoimi codziennymi obowiązkami. Jednakże, kilka razy cichutko przemykali pod jej drzwiami, by się upewnić, że chora pakuje swoje rzeczy i przygotowuje się do podróży. Wczesnym popołudniem Isabel opuściła swój pokój i obrawszy kierunek ku latarni odbyła taki sam spacer, jak w dniu porzucenia żałoby. Tym razem nie wzbudziła jednak takiego zainteresowania jak wtedy, ale to pewnie tylko z tego powodu, że popołudniu na targu nie ma właściwie żywej duszy.
Ojciec Isabel przywitał córcię serdecznie i ucieszył się widząc ją w całkiem dobrej kondycji. Wcześniej już dowiedział się, że Don Antonio zmusił ją do wyjazdu do Szwajcarii, ale nie miał mu tego za złe, gdyż sam uważał, że zmiana klimatu i otoczenia dobrze zrobi Isabel. Wizyta upłynęła w miłej atmosferze i niebawem przyszła kuracjuszka pożegnała się i ruszyła w drogę powrotną do domu.
Rano, ledwie słońce osuszyło delikatne krople rosy na trawie, pod dom zajechał powóz, który miał Isabel zawieźć na stację kolejową. Chwilę trwało zanim równomiernie rozłożony został jej bagaż i zanim Isabel z chmurną miną wreszcie zajęła w nim miejsce. Na progu domu zebrali się wszyscy domownicy, ale nie po to by czule pożegnać podróżniczkę, lecz by się upewnić że naprawdę wyjeżdża. Isabel ostatni raz obrzuciła ich obrażonym spojrzeniem i dała znak woźnicy, że może ruszyć. Mało kogo interesowała krzywda rozsadzająca serce Isabel. Ledwie powóz zniknął za pagórkiem Don Antonio pierwszy spuścił z siebie oddech, który mimowolnie wstrzymywał, a że trochę to trwało odgłos, który się z niego wydobył wprawił Margaretę w taki śmiech, że jeszcze dziesięć minut później śmiała się z niego trzęsąc się w górę i w dół. Jolanda z uśmiechem udała się na targ a jej wózeczek też jakoś radośniej terkotał na wyboistej drodze. Don Antonio, mimo, że nigdy porankiem nie zażywał alkoholu, rąbną sobie strzemiennego śliwowicą i to tak zdrowo, że na twarz wyszły mu rumieńce jak dwa maki czerwone. Miły był to widok. Rodzina Antonia już dawno nie była tak szczęśliwa i uśmiechnięta i dobrze, że Isabel tego nie widziała, gdyż jej depresja pogłębiła by się do granic dotąd przez lekarzy nieokreślonych.
LIS
05
Rozdział 12
Jolanda ostatnimi czasy spała bardzo mało. Wsłuchiwała się we wszystkie odgłosy z domu, wyczulając perfekcyjny już słuch do ponadludzkich możliwości. Siedząc nieruchomo potrafiła stwierdzić, że w pokoju obok lata komar a w kuchni kotek słepie mleczko, co drugi łyk oblizując mordkę w pełni zadowolenia. Jolanda oczekiwała, że Isabel będzie miała dla niej jeszcze jedno, ostatnie zadanie tego wieczora. To już była tradycja, że musiała chorej przynosić do łoża dwa dzbanuszki ciepłego mleka z miodem - na spokojność - jak mawiała. Czekała zatem cierpliwe aż zostanie przywołana i poproszona o napój, jednak tym razem Isabel po prostu zapomniała. Zasnęła szybko i wszelkie myśli o mleku wyparowały jej z głowy razem z resztą świadomości. W ciszy domu Jolanda usłyszała nowy dźwięk. Z alkowy Isabel popłynęło do niej wdzięczne pomrukiwanie, które świadczyło o tym, że Isabel wchodzi w pierwszą fazę snu. Zadowolona z takiego przebiegu wydarzeń uśmiechnęła się i udała do swojego pokoju, by tam wreszcie spędzić pierwszą spokojną noc.
Następnego ranka Don Antonio obudził się z niemiłym uczuciem, że czeka go dzisiejszego dnia ważne zadanie. Nie umiał sobie jednak przypomnieć co to jest takiego. Przyzwyczajony, że rano i tak ciężko było zebrać mu myśli ubrał się i szurając papuciami po podłodze poszedł do kuchni. Szybko rozpalił w piecu i postawił czajnik na płytę. Zwyczajowo już, czekał aż zagotuje się woda na jego poranną herbatę. Cały czas starał się uporządkować swoje myśli, ale resztki mocnego snu nie chciały opuścić jego głowy. Wypita wczoraj cytrynówka, potęgowała uczucie chaosu w myślach. Poszedł do studni i przyniósł wiadro świeżej, prawie lodowatej wody. Umył twarz a mokrymi rękami uporządkował zmierzwione w czasie nocy włosy. Z powoli zaczął odzyskiwać jasność myślenia. Wspomniał na wczorajszą rozmowę z Padre Alesio i stwierdził, że czas najwyższy przekazać wszystkie wieczorne ustalenia niczego się niespodziewającej Isabel. Zamyślonego, w kłębach pary buchającej z czajnika, znalazła go Margareta, którą obudziło zgrzytanie studziennego kołowrotka. Powoli wstała, ubrała się i poszła do kuchni śladem swojego męża. Widząc jego znieruchomienie i wpatrzone w dal oczy, chwyciła szybko ścierkę i odstawiła z pieca czajnik. Ten nagły ruch oprzytomnił Antonia. Parząc dla siebie i żony aromatyczny napar opowiedział o spotkaniu z zakonnikiem. Margareta słuchała bardzo uważnie. Musiała stwierdzić, że plan jest doskonały aczkolwiek wyraziła swoje zdanie co do realności jego wykonania oraz obawę, że Isabel nie będzie chciała wyjechać tak daleko. Don Antonio spojrzał na żonę i musiał przyznać jej rację. Lekko poirytowany jej wątpliwościami stwierdził, że jeżeli nie spróbują to się nie dowiedzą. Wyprostował się i z godnością człowieka świadomego swojej decyzji powiedział, że Isabel dzisiaj się dowie jakie są względem niej plany. Margareta pomyślała sobie, że skoro tak zadecydował to jej zdanie i tak się nie będzie liczyło, więc z kobiecą mądrością zatrzymała dla siebie wszystkie wątpliwości. Gdy Jolanda wstanie porozmawia z nią na osobności w tej sprawie. Na razie powoli dopijając gorącą herbatę, wzięła się za przygotowanie śniadania.
Jolanda spała wyjątkowo dobrze. Podświadomość przez cała noc dawała jej sygnały, że nadszedł nowy czas w jej życiu, a nade wszystko, że może spokojnie zrelaksować swoje ciało w długim śnie. Poddała się temu rozkosznemu uczuciu zasłużonego lenistwa i dopiero pukanie do drzwi wybudziło ją ze snu. Na delikatne pytanie matki, szybko odpowiedziała, że już wstała, a następnie poczęła wdziewać na siebie sukienkę i fartuch. Toż teraz do niej dotarło, że dzień już dawno się rozpoczął i że na targu wiele dzisiaj już nie sprzeda. Chwilka zadumy spowodowała jednak, że szybko pozbyła się jakichkolwiek wyrzutów sumienia z tego powodu. W końcu wyspała się i jest szczęśliwa. Dawno już nie była taka wypoczęta. Nocne czuwania przy chorej wyczerpywały jej siły czego nawet nie czuła dopóki nie spadł z niej ten obowiązek. I dobrze! W końcu ile można się opiekować leniem, który udaje, że jest chory?!
Kiedy wyszła ze swojego pokoju usłyszała dziwne odgłosy z kuchni. Takie ni to szloch ni to śmiech. Zaciekawiona podeszła cicho pod drzwi. Przy stole stał jej ojciec a naprzeciwko niego, na drugim końcu długiego mebla stała Isabel. To ona była źródłem tych dźwięków, które tak zaintrygowały Jolandę. Isabel co chwila łapała się za piersi a do oczu podnosiła rękę z chustką by obetrzeć łzy. Jolanda mogłaby przysiąc, że ani jedna nie wypłynęła z jej oczu, ale dalej wolała stać bez ruchu i oglądać ten teatr. A widowisko było przednie. Widocznie wzburzona czymś Isabel wyglądała jakby chciała cisnąć w Don Antonia porcelanowym kubkiem z resztą jego herbaty, który jakby nigdy nic stał na środku stołu. Margareta stała koło okna i co chwilę otwierała usta, żeby coś powiedzieć, po czym je zamykała, jakby się rozmyśliła, albo to co miało przez nie wyjść było już nieaktualne. Konwersacja i wydarzenia przy stole przebiegały szybko, zbyt szybko jak na Margaretę. Jolanda przeniosła wzrok z matki na Isabel, która wrzasnęła, że skoro wysyłamy ją do Szwajcarii, tak daleko od domu, to tak jakbyśmy się jej wyrzekali. Ona zatem zrobi to pierwsza i nie da nam tej satysfakcji: nie jesteśmy jej rodziną, tylko obcymi ludźmi! – wrzasnęła. Od tej pory nie chcę mieć z Wami nic wspólnego i nie nękajcie więcej mojej wdowiej duszy przyziemnymi sprawami! Atak Isabel tak Zaskoczył Don Antonio, że wyglądał, jakby strzelił w niego piorun. Nieugiętość własnej decyzji wystrzeliła z niego jak lawa z wulkanu. Postanowił i kropka! Isabel jeszcze będzie mu dziękowała a na razie skoro wyrzekła się rodzinnych stosunków to niech jedzie nawet na Madagaskar małpki trenować. Od tej pory jej los jest mu obojętny. Margareta widząc rozwój sytuacji odetchnęła. Musiała przyznać się przed sobą, że niechęć do Isabel na długi czas została przykryta obowiązkiem tolerowania jej jako żony Bertone. Z nich dwojga, to do Bertone miała słabość a Isabel była tylko niemiłym dodatkiem do tego miłego chłopca. Teraz mogła przestać udawać i świadomość tego o mało nie zwaliła jej z nóg. Głośno odetchnęła i wróciła do swoich zajęć.
Jolanda o mało nie podstawiła nogi przechodzącej Isabel, która z dumnie uniesioną głową poszła spakować swoje kufry na podróż. Jej też spadł kamień z serca, bo miała serdecznie dość towarzystwa rozkapryszonej wdowy. Bliski wyjazd Isabel nastroił ją tak optymistycznie, że gdyby głupio nie wyglądało poszłaby zaoferować pomoc w pakowaniu. Poranne uczucie do niej powróciło. To nie tylko szczęśliwy dzień. To najpiękniejszy dzień w całym jej dotychczasowym życiu. O święci Patroni, dzięki Wam!
c.d.n.
LIS
05
Rozdział 11
Isabel wiele dni odpoczywała i z delikatną rozkoszą poddawała się lekarskim poleceniom, gdyż wszystkie powodowały, że była obsługiwana jak księżniczka. Jolanda nie opuszczała jej na krok, co czasami było męczące. Dobrze, że dziewczyna nie była zbyt rozmowna, bo wyszukiwanie tematów do konwersacji znudziło jej się po trzech dniach. Ogólnie rekonwalescencja przebiegała miło. Jedynie ból w piersiach utrzymywał się, chociaż nie był już tak dokuczający jak w feralny dzień. Z każdym następnym słabnął. Wiedziała, że kiedyś nadejdzie czas, w którym będzie musiała przyznać, że czuje się dobrze. Wtedy bez ceregieli wróci do swoich obowiązków a praca była teraz tym co najmniej ją interesowało.
W jakiś miesiąc po wypadku cyrulik stwierdził, że Isabel jest w lepszej kondycji i należałoby rozważyć możliwość jej czasowego wyjazdu. Wilgotne powietrze nie wpływało dobrze na postępy w leczeniu. Zalecałby chwilowy wyjazd w bardziej suchy i zimny klimat. Isabel nie bardzo podobał się ten pomysł ale nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Czasy były takie, że to mężczyźni decydowali o wszystkim. Dla Don Antonia powstał nowy problem do rozwiązania. Nigdy nie wyjeżdżał z Alicante dalej niż do pobliskich wsi. Nie widział takiej potrzeby, wszystko czego potrzebował miał na miejscu. Jego rodzina od pokoleń mieszkała w tej okolicy. Żonę tez znalazł w miasteczku obok, nie musiał i nie potrzebował poznawać świata, który krył się za horyzontem innym niż morski.
Po rozmowie z Margaretą udał się znowu po radę do Padre Alesio. Wierzył, że tak jak poprzednim razem, tak i teraz duchowny pomoże w strapieniu. Podpierając się laseczką z kapeluszem na głowie wyglądał dystyngowanie. lniany garnitur świetnie komponował się z burzą siwych włosów. Spacerkiem doszedł do fary. Z daleka zobaczył Padre, który schylony, wykopywał z grządki cebulki kwiatowe. Kiedy dotarł do płotu spytał czy może mu zająć chwilkę. Padre Alesio szczerze ucieszył się z wizyty i zaprosił przyjaciela w swoje progi. Dawno już nie rozmawiali na osobności a był żywo zainteresowany rozwojem wydarzeń i osobą Isabel. Teraz miał możliwość zweryfikowania plotek, które mimo należnemu duchownemu obowiązkowi nie dawania im wiary, często słyszał od wiernych – nawet w konfesjonale. Usiedli w cieniu pięknego drzewka oliwnego, które samotnie rosło po drugiej stronie domu. Padre poczęstował gościa kieliszkiem nalewki cytrynowej domowej roboty a potem wysłuchał problemu, z którym do niego przyszedł Don Antonio.
Długo się zastanawiali. Czasami na chwilę każdy się zamyślał a w zapadłej ciszy słychać było delikatne brzęczenie much i pszczół. Padre Alesio swoim zwyczajem powoli drapał się po opasłym brzuchu a Antonio lekko przygryzał dolną wargę. Mieli ciężki orzech do zgryzienia. No bo jak tu zrobić, żeby był wilk syty i owca cała? Co jakiś czas Zakonnik dolewał im cytrynówki, ale od tego wcale więcej nie rozjaśniało się im w głowach. Wreszcie Padre podniósł do góry prawą rękę a palcem wskazując do góry, jakby olśnienie naszło go z nieba, powiedział, że Isabel musi wyjechać do klasztoru. Antonio wzdrygnął się. Pomysł i jego tak niespodziewane wyartykułowanie nastąpiło tak szybko, że biedny o mało nie dostał palpitacji. Odruchowo dłoń powędrowała do piersi. Delikatnie masując okolice mostka wyraził swoje powątpiewanie w logikę tego pomysłu.
- Padre, jakim cudem Isabel ma iść do klasztoru? Przecież nikt jej nie przyjmie! Za stara na nowicjuszkę. Poza tym kto wziąłby na siebie ciężar utrzymywania chorego? Zresztą nawet wiana porządnego nie mogłaby wnieść. Widzę same przeszkody a największa to ta, że Isabel nie zgodzi się na to. Padre, wiele w życiu widziałem ale takich uczuć jak ona potrafi urzeczywistnić, to mało który mężczyzna wytrzyma. Ona w zakonie jeno zmarnieje a pożytku na drodze uświęcenia nie będzie żadnego.
- Ależ Antonio, ja nie w tym kontekście o tym powiedziałem. Znam Isabel od czasu jej ślubu z Bertone i wiem co nie co o jej gorącym temperamencie. Pomyślałem, żeby ją wysłać do zakonu w Szwajcarii na leczenie. Upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu a ona sama nawet sobie nie zda sprawy z przebiegłości naszego planu.
- Padre, teraz już gadasz głupoty, jakie pieczenie? Jaki plan?? Jaki zakon???
- Przyjacielu, wcześniej chcieliśmy ją odesłać do zakonu, coby jej serce wreszcie zaznało ukojenia w tęsknocie za zmarłym mężem. Teraz możemy połączyć te dwie sprawy w jedno. Niech biedna wyjedzie do Szwajcarii. Tam się uspokoi, wiele sobie przemyśli a przy okazji górskie powietrze dokona reszty na drodze ozdrowienia. Ty w tym czasie odpoczniesz od całego galimatiasu, odetchnie Twoja rodzina a Jolanda będzie mogła na nowo zająć się ogrodem i polem. Ostatnio na spacerze widziałem że chwastów ci tam więcej niż ziół.
Ostatnie zdanie lekko trzepnęło Antonim. Nie zdenerwowały go uwagi o zaniedbanym polu i ogrodzie, bo tego był świadom ale i nie mógł mieć pretensji do nikogo o to. Spod byka popatrzał na Padre. W życiu nie podejrzewałby go o spacery a już tym bardziej o tak dalekie. Zagony leżały po drugiej stronie pagórka, osłonięte naturalnym wypiętrzeniem od porywistego wiatru znad morza. Wspomniał jednak zaraz jak biedny duchowny chyżo uciekał na widok piły w ręku Isabel więc szybko odsunął od siebie podejrzenie, że wiedza Padre bierze się tylko z ust kokot donoszących mu nie tylko ciasto. Potrząsnął głową jakby chciał wizję Padre w ruchu strząsnąć z czoła. Musiał przyznać, że przebiegłość Alesio jest podziwu godna. Isabel nawet nie będzie nic podejrzewała, a pod pozorem zainteresowania jej zdrowiem, na jakiś czas będą mieli dom tylko dla siebie. Skrępowanie, które zagościło w nim od dnia śmierci Bertone ciążyło wszystkim domownikom i trochę wytchnienia od niego każdemu się przyda. Jak Bóg da to Isabel zdrowa na ciele i duchu wróci za jakiś czas a wtedy będzie można z nią spokojnie i rzeczowo porozmawiać. Toć tyle spraw się nazbierało do uzgodnienia a czas płynął nieubłaganie.
Padre Alesio kolejny raz pomógł Don Antonio i teraz, kiedy decyzja została podjęta w spokoju dopili cytrynówkę, a że przedniej była roboty wnet na usta ich zaczęły się cisnąć śpiewki, które znali jeszcze ze swojego dzieciństwa. W doskonałym nastroju Antonio ruszył do domu. Padre natomiast stał na skraju swojego małego królestwa i machał mu aż ten zniknął za zakrętem. Postał chwilę i podumał nad problemem przyjaciela. Gdzieś daleko majaczyła mu myśl, że coś zostało niedopowiedziane, że czegoś nie uzgodnili. Wrócił na farę i zamknął za sobą drzwi. Ciągle próbując sobie przypomnieć to co zapomnieli omówić, jakby machinalnie, zapalił naftę w lampie, strzepnął pierzynę, poprawił poduchę, bo pierze jakby zeszło w niej na jeden bok i opłukał zimną wodą twarz. Woda z jego mokrej brody kapała do miednicy a on dalej myślał: co zapomnieli ustalić? Poddał się wreszcie, gdyż wieczorna modlitwa była jeszcze do odmówienia a wyjątkowo nie mógł się na niej skupić. Wreszcie położył się do łóżka i zdmuchnął płomień w lampie. Kiedy chciał się obrócić na bok jasny błysk kazał mu z wrażenia usiąść na łóżku. Z oczami jak spodki, z których natychmiast zniknął wszelki ślad wypitej cytrynówki niemo wymówił: a kto jej o tym powie? Chwilę pomyślał intensywnie nad kolejnym problemem, ale w końcu doszedł do wniosku, że to zbyt dużo jak na jego jedną, biedną głowę. Niech Don Antonio sam zdecyduje. Pochwalił się w duchu, że tak szybko rozwiązał kolejny problem, położył się i zapadł w sen. Kiedy wychodząc z zakrystii na niedzielną mszę zobaczył w kościele drzewa cytrynowe zamiast wiernych, obrócił się na drugi bok. W tym momencie komar, który uszczuplał jego zasoby krwi zginął przygnieciony ręką duchownego, zostawiając po swoim istnieniu jedynie mały krwawy ślad na dawno niekrochmalonym prześcieradle.
c.d.n.
LIS
05
Dziekuję wszystkim dotychczasowym czytelnikom za miłe komentarze. "Dramat..." jmiał być jakby ubocznym efektem tego bloga a na razie rozwija się w wątek główny., co lekko mnie przeraża. Mam nadzieję z czasem więcej miejsca poświęcać jednak kociej sprawie.
Frotka dziękuje za życzenia i wyraża nadzieję, że nowy rok życia będzie dla niej równie szczęśliwy co dotychczasowy. Na poparcie swojej szczęśliwości zjadła jednego komara i dwie muchy po czym zaległa w pościeli na 6 godzin. Obcięcie pazurków było odebrane jako zamach na jej spokojny sen, ale specjalnie się tym nie przejęła. Teraz dowody miłości mniej bolą...
Pozdrawiam
Panna z kotem
LIS
05
Rozdział 10
Na szczęście okazało się, że żywy inwentarz przeżył furię Isabeli. Kogut dumnie wyprowadził z kurnika swój niewielki harem, świnki pochrumkiwały w chlewiku a koń spokojnie stał w stajni i mielił w gębie sianko. Sielski obraz - można by rzec. Domownicy, jak co dzień, rozeszli się do swoich obowiązków. Jolanda z wózkiem pojechała na targ. Don Antonio zajął się obejściem a Margareta poszła do ogrodu. Wszyscy byli zadowoleni, że jak na razie ten poranek jest spokojny i niczym nie zakłócony.
W południe, pierwszy raz od wielu dni, zrobiło się pochmurno. Najpierw z głębi lądu wiatr przywiał maleńkie białe chmurki, które przypominały mięciutkie baranki. Później zaczęły zbijać się w jedną wielką chmurę by dwie godziny później mogła się rozpocząć ulewa. Wielu mieszkańców Alicante czekało na deszcz. Mimo ciepłego, wręcz tropikalnego, klimatu, do którego wszyscy byli przyzwyczajeni, upały ostatnich dni zmęczyły nawet najmłodszych członków tej społeczności. Kiedy już powietrze stało się czyste i łatwiej się oddychało, miasteczko jakby zapadło w sen. Tylko zieleń jakby bardziej ożyła. Wydawała się taka soczysta. Właściciele winnych ogrodów zacierali ręce. Tegoroczna aura pozwalała przypuszczać, że zbiory będą wyjątkowo obfite a wino będzie miało niesamowity smak.
Po obiedzie, kiedy cała rodzina Don Antonio odpoczywała przybył posłaniec od Padre Alesio. Zakonnik zapraszał ich do siebie, żeby porozmawiać o ważnej sprawie. Wiadomo, że temat miał dotyczyć Isabel, a że tego dnia nie planowali już większych prac, zabrali się z posłańcem na farę. Padre Alesio ucieszył się tak szybkim przybyciem swoich gości. Zaprosił do środka i gdy siedzieli już przy małych filiżankach z kawą powiedział im, że on widzi dla Isabel tylko jedno rozwiązanie. Powinna udać się na jakiś czas do klasztoru sióstr od świętej Marianny. Zakon znajdował się kilka kilometrów od Alicante. Wyjazd z domu, w którym nadal jak wynika z zachowania Isabel, wciąż przebywa duch Bertone, dobrze jej zrobi. Cisza i modlitwa pozwolą jej na spokojne spojrzenie na siebie. Siostry mają cudowny dar uzdrawiania skołatanej duszy a tego Isabel chyba teraz najbardziej potrzebuje.
Plan wydał się dobry, jednak jak do niego przekonać Isabel. Mało kto miał ochotę na rozmowę z nią. Po prostu bano się jej reakcji nawet gdy chodziło o codzienne sprawy a co dopiero w sprawie jej wyjazdu? Nie, to się nie uda. – pomyślał Don Antonio i podobne wątpliwości można było odczytać z twarzy Margarety. W tym momencie Jolanda postanowiła zabrać głos:
- Matko i ojcze, przecież ja mogę z nią porozmawiać. Nie mam się czego obawiać.
- Ależ córko, ona nie zachowuje się rozsądnie! A co zrobisz jak ruszy na Ciebie z siekierą? Ta, którą ścięła brzoskwinię nadal jest w jej posiadaniu.
- Ojcze! A dlaczego ona miałaby mnie potraktować siekierą? Chcę z nią porozmawiać i wyciągnę ja na neutralny grunt. Zaproszę ją na spacer. Sądzę, że mi nie odmówi. Matko, zgódźcie się na to. Trzeba wreszcie tej nienormalnej sytuacji zaradzić.
- Córko! Obiecaj, że będziesz uważała.
- Oczywiście Matko, w końcu to wszystko dla naszego spokoju…
Szybko podziękowali Padre Alesio za pomoc i radę i ruszyli w stronę domu. Po drodze pouczali Jolandę jak ma rozmawiać z Isabel.
Tymczasem obiekt ich rozmów leżał w łożu i próbował zapobiec boleściom, które rozpierały pierś. Od rana Isabel źle się czuła, ale w trakcie ulewy zabrakło jej tchu. Stała jakiś czas w oknie i próbowała pobudzić organizm do głębokich oddechów, ale im bardziej się starała tym mocniej cos ją ściskało w piersi. Słyszała jak wrócili gospodarze do domu i jak delikatnie zapukano do jej drzwi. Chcąc odpowiedzieć aż się spociła – tyle wysiłku kosztowało jej nabranie powietrza. Jak przez mgłę zobaczyła w otwartych drzwiach Jolandę. Nie usłyszała jednak jej krzyku, gdy wołała pozostałych o pomoc.
Don Antonio pobiegł szybko za miedzę gdzie mieszkał cyrulik. Ten przybiegł tak jak stał, wziął tylko po drodze swoja torbę, w której miał skąpe zapasy lekarstw. Nie wiedział co może być potrzebne. Gdy zobaczył nieprzytomną Isabel i jej ręce ściśnięte na piersiach postawił chyba pierwszą w życiu prawidłową diagnozę. Szczerze, to chyba bardziej ją sobie wyrobił na podstawie plotek, które słyszał o Isabel niż stwierdził to poprzez badanie. Oświadczył jednak, że Isabel pękło serce i dobrze, że go zawołali tak szybko, gdyż są dla niej szanse przeżycia. Szybko wyciągnął jakieś buteleczki, coś tam namieszał, przyłożył Isabel czystą szmatkę do twarzy i nosa i delikatnie strząsnął kilka kropel specyfiku. Jednocześnie odsłonił jej klatkę piersiową i zaczął ja mocno i miarowo uciskać. Trwało to bardzo długo. Cyrulikowi pot wyszedł na czoło ale nadal naciskał wyprostowanymi rękami na jej korpus. Wreszcie, Isabel delikatnie otworzyła oczy a z posiniałych ust wydobył się dźwięk podobny do westchnienia. Cyrulik poprzestał akcji, zbadał jej puls a następnie poprosił o miskę wody, gdyż trzeba było chorą oczyścić ze złych fluidów.
Kiedy skończył, wyszedł do gospodarzy i obwieścił, że chora potrzebuje teraz wiele odpoczynku i pomocy we wszystkich czynnościach. Przez jakiś czas musi ściśle przestrzegać jego zaleceń, ale rokowania są dobre. Przyjdzie do niej następnego dnia a na razie proszę chorą się zaopiekować.
Don Antonio spojrzał na Margaretę, ta na Jolandę a Jolanda na chorą. Wiedziała, że obowiązki opieki nad nią przypadną jej w udziale. Wszystkim zrobiło się jej żal. Może jej wcześniejsze zachowanie to były symptomy choroby, które źle odczytali? Z lekkimi wyrzutami sumienia postanowili się nią zaopiekować jak członkiem rodziny. Jolanda tę noc miała spędzić u jej łóżka. Wzięła ze sobą dawno zapomnianą robótkę i siadając w wygodnym fotelu rozpoczęła ponowne splatanie wełny we wzorek: dwa lewe, dwa prawe.
Isabel po uspokojeniu zapadła w głęboki sen i nie miała zielonego pojęcia, że od tej pory jej życie ulegnie radykalnym zmianom. Tylko jej zbolałe serce do końca życia będzie miało bliznę po dzisiejszym wyskoku.
c.d.n.
LIS
05
Rozdział 9
Isabel starała się wszystko zapamiętać, wiele razy powtarzając od początku pobrane pomiary. Szukając stosownej miary do ich dokonania, przypomniało jej się, że gdy Don Antonio stawiał płot musiał przycinać sztachetki równe 3 łokciom. Gdyby jedną z nich mogła się posłużyć miałaby konkretną miarę. Jednak te były mocno ze sobą połączone a po latach, mimo jej szarpania, żadna nawet się nie poruszyła. Potem pomyślała, o widłach, gdyby miały taką samą długość jak sztachetka nie musiałaby się mocować z płotem. Jednak widły ciężko ukryć gdyby ja ktoś niespodziewanie nakrył. Po chwili zastanowienia przypomniała sobie, że jej sukni ma szerokość dwóch łokci. Chcąc jak najszybciej przystąpić do pomiarów, poszła do stodoły i nie znajdując tak na szybko nożyc, wyciągnęła na podwórze piłę. W stodole było zdecydowanie za ciemno. Piła była długa i z obydwu stron miała drewniane rączki, tak by dwóch mężczyzn ciągnąc na zmianę mogło rżnąć. Wielkie zęby piły jej nie wystraszyły. Szybko rozpoczęła odcinanie paska szerokości ok. palca wskazującego. Jej sukienka w niedługim czasie miała u dołu zamiast wykończenia postrzępiony brzeg, z którego nitki ciągnęły się za nią po ziemi. Nie zwracała na to jednak uwagi. Chciała jak najszybciej wymierzyć dom. Kiedy kończyła na ganku, do drzwi powoli podeszli Margareta i jej mąż wraz z gościem. Szybko dotarło do niej, że może wyglądać cokolwiek dziwnie i nie zdając sobie sprawy z faktu, że przybyli mieli ugruntowane już zdanie na jej temat, rozciągnęła usta w najpiękniejszym, jak się jej zdawało uśmiechu.
Padre Alesio cofnął się o krok, gdy Isabel wstała. Jej twarz była jak maska, zęby wystające z jednej strony spod wykrzywionej wargi, sprawiały, że duchowny przez chwilę próbował przypomnieć sobie modlitwy na egzorcyzmy. Po chwili jednak jej twarz spochmurniała, zęby zniknęły, natomiast Isabel rzuciła się w kierunku wciąż opartej o stodołę piły. Pomyślała, że musi ją schować. W końcu nie należała do niej, poza tym o czym miałaby rozmawiać z tym klechą. Przybyli inaczej zinterpretowali jej zachowanie. Margareta i Don Antonio pomyśleli o siekierze, zaś Padre Alesio, gdy zobaczył piłę w jej ręce o mało nie padł trupem. Szybko zszedł po schodach i pieszo udał się do swojego domu. Po drodze odmawiał wszelkie modlitwy jakie przychodziły mu do głowy a ta która przewijała się najczęściej była westchnieniem do świętego pomagającego przy urokach i im podobnych. Margareta stała na ganku i z pewnym zainteresowaniem popatrzyła za oddalającym się zakonnikiem. Nie posądzała go o taki wigor. Szybko jednak wróciła do wydarzeń w jej gospodarstwie. Isabela porwała piłę i schowała się w stodole z hukiem zatrzaskując za sobą drewniane wrota. Don Antonio pomyślał nawet czy nie założyć skobla ale zmitygował się szybko i stwierdzi, że z wariatami i to uzbrojonymi lepiej nie zaczynać. W stodole poza piłą były jeszcze dwie siekiery, widły grabie a i z innych zebranych tam rzeczy w ataku szału można było zrobić broń. Wraz z Margaretą weszli więc do domu i z udawanym niewzruszeniem napili się przygotowanej rano melisy.
Jolanda wracała właśnie z pola, gdy zobaczyła prawie biegnącego zakonnika. Przed wyjściem na targ dowiedziała się od matki, że miał ich dzisiaj odwiedzić i poradzić im co zrobić w sprawie Isabeli. Pospiech w przebieraniu nogami i widoczna nerwowość rąk zaciekawiła ją na tyle, że zatrzymała duchownego, który szeptał cos do siebie. Gdy oprzytomniał przywitał się z Jolandą. Wciąż oglądając się za siebie opowiedział jej o niedawnych wydarzeniach i polecił jej by szybko udała się do domu, bo pewnie Isabel pozabijała wszystkich, łącznie z koniem. Wspomniał cos o ogromnej pile, widłach i częściach płotu, co wydało jej się lekką paranoją spowodowaną upałem. Ziarnko niepewności zostało jednak zasiane. Jolanda, po wysłuchaniu morderczej historii z szaleństwem Isabel w tle, ruszyła jak strzała wystrzelona z łuku. Dobiegając do domu szybko ogarnęła wzrokiem obejście, ale nikogo nie zauważyła. Wpadła do domu a tam jej oczom ukazał się straszny widok. Ojciec i matka leżeli na otomanach w swoich wyjściowych strojach nie dając znaku życia. O święci anieli! Zabiła ich! Padre miał rację. Już kolana się pod nią uginały, już chciała ucałować dłoń ojca, która bezwładnie zwisała z posłania, gdy dobiegł do niej odgłos mrożący krew w żyłach. Coś jakby warczało, charczało a czasami przechodziło w gwizd po czym znowu charczało. To pewnie szalona Isabel teraz na nią czyha. Skuliła się w sobie i czekała na atak gdy o mało nie padła trupem bez pomocy Isabel. Margareta poruszyła głową, przetarła oczy i… warkot ustał. Okazało się, że nie przywykli do picia ziółek w takich ilościach i tak wczesną porą, rodzice Jolandy, nadmiernie uspokojeni melisą, posnęli snem sprawiedliwego i to co dziewczynie wydawało się skutkiem zbrodniczych działań Isabel, było niczym innym jak popołudniową drzemką, która obrała nieco ostrzejszy wymiar. Wszyscy odetchnęli z ulgą a następnie opowiedzieli sobie o wydarzeniach, które tak wzburzyły biednym Padre.
Isabel zamknięta w stodole próbowała przypomnieć sobie ile razy zdążyła przełożyć pasek z kiecki, zanim doszła do kolejnego rogu domu. Starała sobie to wszystko jakoś poukładać, ale brak papieru, na którym mogła to zapisać skutecznie uniemożliwiał jej wykonanie rachunków. Zdenerwowana rzuciła z całych sił grabiami, które uderzyły we wspólną ze stajnią ścianę. Wystraszony niespodziewanym hukiem koń zarżał tak niemiłosiernie żałośnie, że Jolandzie w domu serce zadrżało. Nie miała odwagi sprawdzić czy biedaczek jeszcze żyje. Na szybko policzyła co jeszcze żywego mieli w gospodarstwie i stwierdziła, że jeżeli Isabel nadal będzie uprawiała swój proceder unicestwiania to ona będzie musiała załatwić sobie więcej słojów na przetwory oraz na kilka dni odłożyć pracę w polu. Zaczęła się także zastanawiać, od kogo na targu mogłaby kupić kiszki na kiełbasy.
c.d.n.
LIS
05
Rozdział 8
Margareta pospieszała swojego męża. Powóz już stał na drodze a koń spokojnie grzebał kopytem w kurzu i nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł ruszyć. Od tego stania w stajni nogi mu drętwiały i każda, nawet u wozu, przebieżka była dla niego rozrywką.
Don Antonio założył kapelusz na głowę a do ręki wziął laseczkę. Uważał, że dodawała mu ona powagi a poza tym lubił mieć przy sobie tę drobną podporę. Kości bolały go coraz bardziej i chwilowy ból, który go często nachodził, powodował, że równowagę miał zachwianą. Laseczka była zatem przedłużeniem jego ręki w chwilach drobnych niedyspozycji.
Wsiedli oboje do powozu a koń ruszył delikatnie kierowany lejcami. Po kilkunastu minutach dotarli do małego domku. Ascetyczny i surowy wygląd na darmo chciano rozweselić kolorowymi kwiatami. Efekt tego był znikomy. Od razu można było poznać, że w tym gospodarstwie brak kobiecej ręki. Donice porozstawiane były bez żadnego porządku i bez znajomości, której roślinie potrzeba cienia a której słońca. Żadne zbiegi pielęgnacyjne nie mogły pomóc kwiatom w utrzymaniu soczystych kolorów. Jednak właściciel tej „posiadłości” nie zwracał na to uwagi. Jakby mimochodem starał się utrzymać obejście w pewnym ładzie. W większości jednak zdawał się i w tym zakresie na wolę boską.
Margareta przytrzymała konia, natomiast Don Antonio zapukał do drzwi, a kiedy się otworzyły gestem zaprosił Padre Alesio do powozu. To na jego przybycie biedna Jolanda musiała kolejny raz porządkować dom, w którym porządek panował wręcz wzorowy i żadnych pośpiesznych działań nie wymagał. Padre powoli wspiął się na powóz a następnie klapnął sobie na ławę aż sprężyny jęknęły. Zdawać by się mogło, że zakonnik nosi ze sobą ciężary problemów wszystkich parafian, jednak jego tusza wynikała z jeszcze jednej słabości poza kawą. Parafianki serdecznie dokarmiały Padre, wierząc głęboko, że mężczyzna mieszkający sam, nigdy nie ugotują a już na pewno nie upiecze takich wspaniałych rzeczy jak kobieta. Przekonane o braku drobnych przyjemności gastronomicznych w jego życiu co rusz przynosiły mu w darze cuda ze swoich piekarników. Padre wyjątkowo nie wyprowadzał parafianek z błędu. Serdecznie dziękował a następnie drażnił swoje zmysły najpierw wciągając aromatyczne zapachy przez nos a następnie zjadając specjały. Wyjątkowo przypadły mu do gustu wszelkiego rodzaju słodkie placki a parafianki nie musiały długo dochodzić czym można Padre Alesio dogodzić. Swojej słabości nigdy nie rozpatrywał w kontekście grzechu obżarstwa, jednak powoli zaczął się zastanawiać dlaczego pas u habitu ciągle jest za ciasny, mimo, że zawiązywał go co rusz w innym miejscu.
Koń lekko stęknął, gdy poczuł dodatkowy ciężar w powozie, jednak niczemu specjalnie się nie sprzeciwiał. Delikatnie zarżał i ruszył powoli w kierunku domu.
Tymczasem Isabel była sama! Gdy tylko powóz z gospodarzami zniknął za zakrętem wyszła ze swoich pokoi i powoli obeszła cały dom. Nie było tego wiele, jednak solidne ściany i mocny dach dawały poczucie bezpieczeństwa a jednocześnie wspaniale chroniły przez upałem letnich dni. W jego pokojach można było spokojnie odpocząć zarówno od trudu codziennych prac jak i ochłodzić się po upałach. We wczesnej młodości ojciec nauczył jej podstaw rachunków. Zawsze powiadał, że kobieta może ulegać we wszystkim swojemu mężowi, jednak na rachunkach musi się znać, by bez problemów utrzymać dom. Toteż wiele czasu spędził z Isabel na ćwiczeniach, gdy dodawała i odejmowała wyimaginowane kosze winogron i cebuli. Teraz te umiejętności miały jej się przydać. Nie miała jednak miary by wyliczyć jak wielki jest dom. Długo się zastanawiała nad tym czego użyć. Wyszła nawet na podwórze chcąc znaleźć odpowiedniej długości patyk lub inny przedmiot.
Zza zakrętu powoli wytoczył się powóz z domownikami i ich gościem. Już z daleka zauważyli Isabel. Szczególnie Padre Alesio skupił na sobie jej wzrok, gdyż to z jej powodu się tu znalazł tego dnia. Obserwował jak Isabel podeszła do drewnianej części płotu i spróbowała wyrwać jedną ze sztachet. Te jednak, jak wszystko w tym domu, były solidnie ze sobą połączone i nie dały się ruszyć. Isabel kopnęła w płot i odwróciła się. Jej wzrok padł na widły wbite w kupę podściółki, która rano Don Antonio wygarnął ze stajni. Wyrwała widły z nawozu i ważąc je w ręce oceniała ich przydatność. Stwierdziła że są za długie a poza tym ich trójzębiaste zakończenie bardzo by jej przeszkadzało. Odrzuciła je na miejsce skąd je wyciągnęła i ponownie odwróciła się. Lekko podparła brodę lewą ręką wspartą na prawej zarzuconej na lewe biodro. Ta poza była jasnym sygnałem, że Isabel osiągnęła szczyty swoich możliwości twórczych. Nie trzeba było długo czekać, gdy pobiegła do stodoły i wyszła stamtąd z piłą w ręku.
Padre Alesio z lekkim już drżeniem serca patrzył na kolejne wypadki, które się działy na jego oczach. Isabel zakasała kiecę a następnie trąć o piłę postawioną o ścianę stodoły powoli ale skutecznie oddzielała jej dolny szew od reszty, na zawsze niszcząc swój jeden z lepszych roboczych strojów. Dla Padre Alesio tego było za dużo. Wstrzymywany oddech wreszcie znalazł ujście i odblokowany wydobył się z jego płuc z małym gwizdem. W tym samym momencie Margareta i Don Antonio odwrócili się i z niepokojem spojrzeli na duchownego. Ten widać miał taki wyraz twarzy, że oboje cicho zadali pytanie: A nie mówiliśmy? Nawet koń zatrzymał się na tę chwilę. Nie wiadomo, czy również wyczuł delikatną nutę szaleństwa w powietrzu, czy też Don Antonio bezwiednie przyciągnął lejce do siebie w niemym oczekiwaniu na rozwój wypadków. Stali więc tam na drodze i patrzyli na Isabel w potarganym odzieniu. Ta zaś, ucieszona efektem swojej działalności pseudokrawieckiej z oderwanym paskiem, podeszła do boku domu i tam począwszy od krawędzi ściany zaczęła powoli przekładać go w ten sposób, że do jego końca przykładała początek co w efekcie pozwalało jej na stwierdzenie, że zachodnia ściana ma długość 15 pasków. Uśmiechnięta poszła za kolejny róg i tym razem rozpoczęła mierzenie kolejnej, dłuższej ściany domu. Padre Alesio miał dość. To co usłyszał w niedzielę i to co zobaczył dzisiaj było dla niego za dużo. Przyzwyczajony do spokojnych i potulnych mężom kobiet, które rozpieszczały go swoimi wypiekami, nie spodziewał się zobaczyć wcielonego szaleństwa. Nie podejmując prób rozmowy z Isabel, z mety określił swoje zdanie na ten temat i gdyby nie był z Don Antonio i jego żoną, najlepiej udałby się na swoją farę. Jednak gospodarz dał znak koniowi a ten znowu ruszył do domu. Dla wszystkich w powozie było jasne, że stan Isabel pogarsza się z każdym dniem.
Z szaleństwa Isabel wymierne korzyści czerpała jak na razie tylko Jolanda. Brzoskwiniowe konfitury szły jak woda i to bez specjalnego targowania. W głowie Jolandy na chwilę zaświtała nawet myśl, że Isabel mogłaby częściej dopuszczać do głosu swoją niszczycielską naturę. Szybko jednak ją porzuciła. Właśnie sprzedała ostatni słoik i pomyślała, że długo nie spojrzy na ten soczysty owoc. Schowała zarobione dzisiaj pieniądze pod fartuch i udała się do domu ciągnąc za sobą wózek.
c.d.n.
LIS
05
Rozdział 7
Isabel, całą niedzielę spędziła na rozmyślaniach. Treść listów i testamentu nie dawała jej spokoju. Próbowała jakoś to wszystko ze sobą połączyć. Wieczorem doszła do wniosku, że jej status w tym domu nie jest taki najgorszy. Skoro tu mieszkała, znaczy, że Don Antonio przychylił się do prośby swojej babki Juanity. W końcu jej mąż był dla niego… no właśnie, kim? Wujkiem? Różnica wieku nie miała tu znaczenia. Nie mogła odpowiadać za nierozważne porywy serca swojej teściowej. Zresztą, rozważne czy nierozważne, kogo to obchodzi? Luiza nie żyje, Bertone także, a ona została na tym świecie sama. Trzeba teraz się dowiedzieć w jakiej części Don Antonio podzielił majątek po Juanicie i doprowadzić do tego, by w takiej samej części majątek po mężu pozostał w jej władaniu. W końcu przeżyła z Bertone tyle lat, że coś jej się od życia należy, a na pewno należy jej się coś od niego. Która żona wytrzymałaby te ciągłe rozstania. Jego wypraw w morze miała już serdecznie dość tak jak ciągłego wypatrywania jego powrotu. A czy ona wie, może on w tym czasie w innych portach miał kochanki? Nie darmo się w nim zakochała od pierwszego wejrzenia. Miał w oku tę zadziorność, od której kolana jej miękły a ramiona same wyciągały w jego kierunku. Za taką miłość i oddanie należy jej się rekompensata. Przecież mieli się razem zestarzeć, śmiejąc ze swoich zmarszczek i popijając lemoniadę na malutkiej werandzie a tymczasem zginął w objęciach swojej ostatniej „kochanki”. Jego łódź, roztrzaskaną na skałach znaleziono po dwóch dniach. Leżał na jej dnie a w reku, mimo ciągłego kołysania fal nadal znajdowała się butelka. Skoro nie kochał Isabel tak mocno jak wódki, niech teraz się czymś odwdzięczy!
Następnego ranka, kiedy poranny powiew przyniósł ze sobą zapach fal i odgłosy z targu, Isabel wstała by udać się do pracy w ogrodzie. Nie chciała się oddalać od domu, gdyż miała nadzieję na to, że Don Antonio i Margareta wyjadą z domu. Obecności Jolandy w ogóle nie brała pod uwagę. Dziewczyna była pracowita i obowiązkowa, a że miała co robić, w domu jej prawie nie widywała. Niestety współmieszkańcy widać nie mieli do załatwienia spraw w miasteczku i tego dnia musiała się pogodzić z faktem, że nic nie zrobi.
Wracając z pola, w świetle zachodzącego słońca, Jolanda zobaczyła ciekawy widok. W otwartych oknach domu powiewały delikatnie koronkowe firany a pod oknem, wśród kwitnącej maciejki, na zgiętych nogach stała Isabel wyraźnie podsłuchując domowników. Jolanda nie namyślając się wiele schowała za kamiennym parkanem i zaczęła obserwować Isabel. Ta po chwili trwania w tej samej pozycji, zakasała sukienkę ponad kolana i na palcach wycofała się za róg domu. Tam spuściła sukienkę, strzepnęła niewidzialne pyłki i jak gdyby nigdy nic weszła do domu. Jolanda przyrzekła sobie, że o dziwnym zachowaniu Isabel nie zapomni i opowie o nim rodzicom. Następnie udała się do stodoły poukładać przyniesione z pola narzędzia, oraz przygotować wózek z warzywami i owocami oraz słojami konfitur brzoskwiniowych, które chciała sprzedać następnego dnia na targu.
Isabel weszła do domu zadowolona. Stojąc pod oknem usłyszała strzęp rozmowy. Jednak to jej wystarczyło. Don Antonio i Margareta mają jutro gdzieś wyjechać. Okazja do inwentaryzacji majątku, którą w jej wydaniu można śmiało nazwać szperaniem, nadarzała się szybciej niż mogła się spodziewać. Uradowana tym faktem spokojnie zasnęła a przed snem układała sobie plan na następny dzień.
Jolanda weszła do domu z chęcią opowiedzenia rodzicom tego czego była świadkiem. Tam jednak zobaczyła jak matka biega po domu i porządkuje wszystkie rzeczy. Od progu kazała jej powycierać kurze w kątach i na półkach chociaż mogła przysiąc, że ich tam nie było. Widząc zaaferowanie Margarety i nie chcąc wprowadzać dodatkowego zamętu, poddała się tej manii porządkowej. W całym zamieszaniu zapomniała nawet spytać na jakąż to okoliczność to pandemonium się odbywa. Kiedy powycierała niewidzialny kurz, setny raz poprawiała poduchy na otomanie, wymyła wszystkie talerze i sztućce po kolacji padła na łóżko wyczerpana kolejnym pracowitym dniem. Zdążyła sobie tylko przyrzec, że nie może zapomnieć powiedzieć rano o dziwnym zachowaniu Isabel. Potem już tylko pływała w błękitnym morzu a z dna zbierała maleńkie muszelki, jedną, drugą, trzecią…
c.d.n.
| pn | wt | sr | cz | pt | so | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 31 | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 1 | 2 | 3 | 4 |
h2o-zdiecia-cleo-emmy-rikki | agula1 | w3 | fantastyczne-zycie | bruno | Mailing